Róbmy swoje, czyli jak odnaleźć się w czasie koronawirusa
Wydarzenia ostatnich tygodni, związane z rozprzestrzenianiem się koronawirusa, dość mocno odbijają się na naszym nastroju. Panująca epidemia wymusza na nas zmianę zachowań, do których przywykliśmy. Niektóre z nich, tak oczywiste, że nawet się nad nimi nie zastanawialiśmy, jak wyjście do sklepu, do pubu albo restauracji ze znajomymi, czy nawet wyrzucanie śmieci - nagle z prostej czynności nie wymagającej żadnego pomyślunku przedzierzgnęły się albo w rzeczy zupełnie nieosiągalne, albo wymagające logistycznego planowania. Nie oszukujmy się: czas beztroski i komfortu minął. Czy bezpowrotnie, to się dopiero okaże, pewnym jest natomiast, że swobodę, do jakiej przyzwyczaiły nas lata spokoju i względnego dobrobytu, w obecnej chwili możemy odwiesić do szafy razem z zimowymi płaszczami.
Sączące się z mediów hiobowe wieści i wynikające z nich własne przemyślenia jeszcze przez chwilę albo dwie będą zatruwały nasze nie przywykłe do sytuacji kryzysowych umysły. Już teraz, gdy wyjdzie się na ulicę, widać zachowania, które jeszcze miesiąc czy dwa miesiące temu były nie do pomyślenia. Ludzie odsuwają się od siebie na dystans wcześniej nie spotykany. Kolejki w sklepach, choć nadal długie, są coraz mniej gęste, wiaty przystankowe wydają się być zasiedlone rzadziej, niż Grenlandia nawet, gdy słota wydaje się sprzyjać tradycyjnemu zbijaniu się w ciasne stada. Gdy komuś zdarzy się zakaszleć na ulicy, od razu staje się przedmiotem podejrzliwości, domysłów, a zdarza się – nie demonstrowanej wprost, ale jednak – wrogości. Każdy, chcąc nie chcąc, reaguje podobnie. W myślach pojawiają się pytania: czy ten człowiek jest chory? Czy sieje wirusem we wszystkie strony? Czy możemy czuć się bezpiecznie?
Wszystko to wzmaga w nas poczucie zagrożenia. Wytrąceni z błogostanu, nagle zostaliśmy wyrzuceni na orbity własnych stref komfortu. Rozpaczliwie machając rękami i nogami staramy się odnaleźć utracone poczucie stabilności. Tęsknimy za nim. Nie godzimy się z sytuacją, w której nasza największa świętość, wolność do stanowienia o sobie, nagle ograniczana jest jakimikolwiek restrykcjami nawet jeśli podskórnie wiemy, że restrykcje te służą naszemu wspólnemu dobru.
Wszystko to tworzy bardzo żyzną glebę pod zasiew paniki, a niektóre z wymienionych wyżej zjawisk, dodatkowo podsycane komunikatami płynącymi po równo ze strony mediów oraz władzy, wydają się być pierwszymi jej pędami. I tu pojawia się fundamentalne pytanie:
CO Z TYM ZROBIĆ?
Pierwszą, logiczną odpowiedzią na tak zadane pytanie jest: zachować spokój. Tak, to trudne. Dla umysłów ciągle bombardowanych przez media czarnymi scenariuszami wręcz niemożliwe. Ale skoro tak, to może w pierwszym odruchu warto zdystansować się od mediów? Nie zachęcam do całkowitego odcięcia się od nich; ostatecznie skąd mielibyśmy brać informacje o tym, co się wokół nas dzieje. Sugeruję jedynie zwiększenie dystansu.
Nie od dziś wiadomo, że ludzie chętniej oglądają relacje z nieszczęść, niż z konstruktywnego działania. Jeśli prześledzimy, jaki odsetek czasu antenowego, szpalt gazet czy stron internetowych serwisów informacyjnych zajmują sprawozdania z katastrof, a jaki - fakt, że ludzie są dla siebie uczynni, mili, pomagają sobie nawzajem - a później zobrazujmy sobie w procentach, nagle okaże się, że obraz świata medialnego trochę odbiega od rzeczywistości, jaką znamy na co dzień. Mówiąc krótko, świat prezentowany przez media jest obrazem nieustającego pola bitwy. Bitwy, zauważmy, której za oknem jakoś nie widać.
Nie dość na tym: jeśli do takiego wniosku może dojść nawet laik, tym bardziej wiedzą to specjaliści od mediów, odpowiedzialni za oglądalność/poczytność serwisów. I, wiedząc, co ma wzięcie, idą za ciosem, serwując nam coraz to nowsze relacje z katastrof, okraszone przez świadków – reporterów zdających z nich relację - coraz bardziej nafaszerowanym emocjami językiem. Miejsce dla obecnej epidemii jest tu widoczne na pierwszy rzut oka.
A gdzie mowa o wszystkich wolontariuszach w hospicjach, szpitalach, schroniskach dla zwierząt, gdzie mowa o sąsiadach, którzy wyrzucają sobie nawzajem śmieci, czy pomagają wnieść wózek na schody, przynoszą zakupy ludziom w potrzebie? A przecież takie właśnie, proste gesty widać codziennie, z takich właśnie zachowań składają się zwyczajne dni. Czy mamy się od tego odciąć, zamknąć się w bunkrze ze strachu przed katastrofą?
ĆWICZENIE Z PERSPEKTYWY
Z kolei warto zadać sobie inne pytanie: co dla mnie osobiście oznacza epidemia koronawirusa? Należałoby zresztą umieścić to pytanie w nieco szerszym kontekście, nazwijmy to, społecznym: ilu znam ludzi zarażonych nim? A ilu ludzi zarażonych znają moi znajomi? Dokładna odpowiedź na te pytania jest, wobec natury samego wirusa i sposobu, w jaki działa, pewnie niemożliwa do uzyskania, ale też na rzecz niniejszego wywodu, a pośrednio również poprawy naszego samopoczucia – niepotrzebna. Niemniej jeśli, w zakresie nam dostępnym, odpowiemy sobie na te pytania szczerze i z użyciem zdrowego rozsądku, pewnie dla większości z nas okaże się, że wirus przytrafia się jedynie innym nie znanym nam ludziom, a jeśli nawet przytrafił się komuś z naszego podwórka, to, ponieważ najprawdopodobniej przebiega bezobjawowo, pewnie nawet się o tym nie dowiemy. A zatem mamy, oczywiście, pewne podstawy, by odczuwać niepokój, ale na tym właśnie niepokoju, pobudzającym rozsądek, należy poprzestać.
„KOCHANI, RÓBMY SWOJE!”
A skoro już o zdrowym rozsądku mowa: to chyba najlepsze remedium na wszelkie obawy. Poznanie sytuacji, z jaką przyszło nam się zmierzyć oraz zastosowanie „zdrowego, chłopskiego rozumu” wydaje się być najlepszym sposobem na niepokój, ponieważ z tego właśnie źródła, z własnej głowy wypływają najlepsze porady dla nas samych. Najlepsze, bo sami sobie ich udzielamy, a przecież w opinii większości z nas (nie bądźmy obłudni!) największymi autorytetami dla siebie jesteśmy my sami. I trzeba podkreślić: nie jest najistotniejsze czy wymyślony przez nas sposób radzenia sobie z kryzysem będzie działaniem obiektywnie słusznym, czy nie. By przytoczyć pierwszy z brzegu przykład: od tygodni toczy się spór wokół celowości gromadzenia nadmiernych zapasów na czas zarazy. Jedni mówią, że trzeba, inni wręcz przeciwnie, że w sklepach niczego nie braknie. Jedni, że idzie drożyzna, bo zaraz rozerwane zostaną łańcuchy dostaw, inni – że przecież mnóstwo towaru leży w magazynach i chłodniach i nie ma się czego obawiać… tymczasem sądzę, że nie jest istotne to, czy nagromadzimy zapasy, czy nie – lecz to, jak będziemy się czuli ze skutkami swoich działań. Spojrzenie na temat pod takim kątem z jednej strony ukróci spory, zredukuje myślenie w rodzaju „czy ja aby na pewno dobrze robię?”, z drugiej – pozwoli nam się czuć nieco bezpieczniej, raz jeszcze: niezależnie od słuszności przedsięwzięcia. W skrócie: słuchajmy innych, ważmy słowa, wyciągajmy wnioski, ale używajmy własnego, nie cudzego rozumu i ostatecznie – róbmy swoje.
POINTA A’LA MISTRZ
Nie bagatelizując zagrożenia, nie warto skupiać się tylko i wyłącznie na snuciu strasznych scenariuszy dotyczących perspektyw zarażenia się, skutków kryzysu, nie warto rozważać katastrofy. Należy raczej starać się wykonywać zalecenia ekspertów, dotyczące profilaktyki czy zachowań mających zmniejszyć ryzyko zachorowania, mieć oczy otwarte na zagrożenia, spróbować dostosować się do zmienionej rzeczywistości i… umościć się w niej na tyle wygodnie, na ile się da. Spokojnie. Bez paniki; to ostatnie, czego potrzebujemy.
By zgrabnie zakończyć niniejsze esej, odwołam się do źródła użytego wyżej cytatu.
Nieodżałowany Wojciech Młynarski tworzył teksty ponadczasowe. Pod płaszczykiem błahych opowiastek potrafił przemycić pointę tak celną, że potrafiła nadać tymże opowiastkom sens na tyle głęboki, że najpewniej wymykał się nawet cenzorom. Warto sięgać do jego tekstów, bo mimo upływu trzech lat od odejścia Mistrza, większość z nich nadal, szczególnie dziś, zachowuje aktualność. By zamknąć zatem niniejszy wywód, ośmielę się sięgnąć po fragment jednej z Jego piosenek, odnoszących się wprawdzie do innej rzeczywistości, ale będący jednocześnie doskonałym balsamem na podrażnione paniką duszę w dobie bieżącej epidemii:
„Niejedną jeszcze paranoję przetrzymać przyjdzie – robiąc swoje”.